• Wpisów: 96
  • Średnio co: 15 dni
  • Ostatni wpis: 1 rok temu, 13:51
  • Licznik odwiedzin: 6 577 / 1534 dni
 
saki123
 
Taktaktaktaktaktak...
Tak strasznie się cieszę, że wracam na tego bloga!
Ale przejdźmy już do tematu wpisu :)

Wyczekiwane przeze mnie długo wakacje już się kończą, i niestety, ale lada moment będę musiała wrócić do budynku, którego nienawidzę, a zarazem kocham.

Wszyscy już mają zakupione książki, i teraz latają po sklepach w poszukiwaniu ładnych zeszytów, piórników, długopisów i innych pierdółek potrzebnych na ten rok szkolny.

Ja jednak, jak na razie zakupiłam tylko 3 zeszyty w twardej okładce, których, szczerze mówiąc, szkoda mi używać w szkole, bo są przepiękne...

Ale wracając jeszcze do wakacji, to ja swoje wykorzystałam w 100%.
A to jeszcze nie koniec, bo w ten weekend jadę w odwiedziny do mojej starszej siostry, która mieszka w Niemczech.

Nie będę tutaj opisywać, gdzie byłam czy co robiłam, bo było by tego po prostu za dużo.
Chociaż rok temu pisałam o Warszawie, i będąc tam w te wakacje widziałam praktycznie to samo.

Ale odwiedziłam także jezioro, nad którym robiłam już zdjęcia moim figurkom oraz lalkom, i wstawiałam na tego bloga.
I tutaj zacznę o "znalezisku".

Jak zawsze, po południu, ze słuchawkami na uszach i telefonem w kieszeni moich jeansowych, krótkich spodenek, przechadzałam się wzdłuż plaży.
Niekiedy szłam bardzo daleko.
Tym razem doszłam do wysokich schodów z których byłby idealny widok na zachód słońca.
Nie zabawiłam tam jednak za długo, ponieważ zaraz miałam stawić się na obiedzie, dlatego też ostrożnie zeszłam po kamieniach i wróciłam w drogę powrotną, niosąc buty w ręku.

Woda była tak bardzo ciepła, że przez całą drogę szłam w niej, niekiedy nawet po kolana.
Gdy było już widać pomost na którym zazwyczaj siedziałam po kolacji, gdy już było praktycznie ciemno, postanowiłam wyjść z wody. I wychodząc natknęłam się na figurkę konia schleich rasy Camargue - klacz.

Od razu rozpoznałam, jaka to droga figurka, dlatego podniosłam ją i zaczęłam się rozglądać za dziećmi, ale niestety, plaża była pusta.

Nie myśląc dużo wzięłam konia i poszłam do domu.
Potem jeszcze zastanawiałam się nad tym, czy dobrze zrobiłam zabierając zabawkę ze sobą, ale w końcu nie mogłam nic zrobić.
Prawdopodobnie, gdybym zostawiła ją na piasku, w końcu zabrał by ją jakiś pies, których na plaży było więcej niż ludzi.

Tak więc, jeszcze tego samego dnia, wyciągnęłam mój aparat oraz schleicha i udałam się na zdjęcia.

No i teraz, chyba najważniejsza rzecz z trzech punktów w tytule, czyli "szczęśliwy Motyl".
W tym momencie także wytłumaczę moją nową nazwę.

Otóż w sobotę wróciłam z jednego z najpiękniejszych miejsc na świecie, czyli mojej ukochanej stadniny.
Jak już się domyślacie, byłam tam na obozie konnym.

Nie chcę się o tym rozpisywać, bo pracy i zabawy było wiele, i na to potrzebny by był oddzielny post, ale skąd u koni motyl?
To nawet się nie rymuje, nie prawdaż?
Ano, bo motyl wziął się z mojej ulubionej bluzki.

Pan Karol, nasz super instruktor i świetny człowiek, ma przyzwyczajenie wymyślania dla uczestników obozu przezwisk.
Był krzyżak, Józia, motyl i wiele innych.
I właśnie, Pan, widząc moją bluzkę, zaczął na mnie wołać Motylek, co nawet mi się spodobało, dlatego też powstała nowa nazwa bloga :)

I właśnie zauważyłam, że ten post piszę już około godzinę ;--;
Mam nadzieję, że nikt nie zanudził się na śmierć czytając moje wypociny, ale przyzwyczajajcie się, czytelnicy, ponieważ mam tendencję do długich wpisów :D

No więc dodaję wam jeszcze zdjęcia mojego znaleziska, i uciekam.
Miłego dnia!

Nie możesz dodać komentarza.